Nevermore - The Obsidian Conspiracy (2010)
Moderatorzy: piciu6, Sanctified
Właśnie skończyłem odsłuch tych czterech kawałków i na gorąco muszę stwierdzić, że nie bardzo wiem, co o tym sądzić
Było absolutnie pewne, że nie przebiją poprzedniczki, jednak mnie najbardziej szkoda zarąbistego pod względem instrumentalnym utworu tytułowego. Powiem wprost, Warrel swoimi partiami wokalnymi go spartaczył
Było absolutnie pewne, że nie przebiją poprzedniczki, jednak mnie najbardziej szkoda zarąbistego pod względem instrumentalnym utworu tytułowego. Powiem wprost, Warrel swoimi partiami wokalnymi go spartaczył
-
Tomek/Nevermore
- Posty: 2491
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
-
Tomek/Nevermore
- Posty: 2491
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
- progmetall
- Posty: 12291
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
Kamilbolt pisze:mnie najbardziej szkoda zarąbistego pod względem instrumentalnym utworu tytułowego. Powiem wprost, Warrel swoimi partiami wokalnymi go spartaczył
Dokładnie, jest dziwnie.progmetal pisze:Słucham te 4 wałki i jest dziwnie, ciekawie, czekam na całość...!
Jakoś tak spokojnie, a jednak wciąga i kusi.
-
Tomek/Nevermore
- Posty: 2491
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
Bardzo fajnie to wyszło.Zresztą takie połączenie wokali z warstwą instrumentalną nie jest żadnym novum w twórczości Nevermore więc zaskoczenia być nie powinno.
pozostałe numery też wciągają, zaskakująDokładnie, jest dziwnie.Jakoś tak spokojnie, a jednak wciąga i kusi.
))
PS
a rodział poświecony "The Obsidian Conspiracy" całkiem fajnie się wypełnia/zapełnia:)))
No i wreszcie jest do wypożyczenia.
Po wstępnym odsłuchu mogę na gorąco stwierdzić, że muzyka na tym albumie nie jest łatwa w odbiorze. Trzeba będzie poświęcić jej trochę czasu.
Jeśli ktoś się spodziewał kontynuacji mocarnego TGE, to trochę się zawiedzie. Prędzej jest to miks solowych albumów liderów grupy, bo brzmienie jest niemal identyczne a klimaty równie posępne i surowe.
Z całą pewnością na pierwszy plan przynajmniej pod względem instrumentalnym wybija się utwór tytułowy. Do wokaliz na nim zawartych jednak osobiście wciąż nie mogę się przekonać.
Po wstępnym odsłuchu mogę na gorąco stwierdzić, że muzyka na tym albumie nie jest łatwa w odbiorze. Trzeba będzie poświęcić jej trochę czasu.
Jeśli ktoś się spodziewał kontynuacji mocarnego TGE, to trochę się zawiedzie. Prędzej jest to miks solowych albumów liderów grupy, bo brzmienie jest niemal identyczne a klimaty równie posępne i surowe.
Z całą pewnością na pierwszy plan przynajmniej pod względem instrumentalnym wybija się utwór tytułowy. Do wokaliz na nim zawartych jednak osobiście wciąż nie mogę się przekonać.
-
Tomek/Nevermore
- Posty: 2491
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
trochę wrażeń zamieszczę...
The Termination Proclamation - 7,5/10 (mocny kawałek, szybki z zaskakującym spowolnieniem, ogólnie fajnie)
Your Poison Throne - 8/10 (pierwsza niespodzianka, ale też na plus, sporo szybkiego grania)
Moonrise (Through Mirrors Of Death) - częściowy klon Narcosythesis z DHIADW, ale dodajmy więcej smaczków
))) i nowe tchnienie (czytaj - nowy styl Loomisa:)))) 8/10
And The Maiden Spoke - jak dla mnie bomba! KLIMAT plus mięcho... i fantastyczne wokale, 9/10
Emptiness Unobstructed - żwawy refren to... niemal DISCO:))) (dyskoteka:))) BRRR, zwrotki spokojniejsze, pierwszy odsłuch - niemal umarłem, ale potem jakoś poszło, miły - radiowy numer, hicior, który zluzuje na koncertach Heart Collector:)))) - no, ale ogólnie - za miło... 5/10
The Blue Marble And The New Soul - ballada, ale nietypowa jak dla Nevermore... smutny (i chyba bardzo osobisty numer), kłania się solowy Dane - 7/10
Without Morals - taki... niby mocny, ale trochę zamieszany (stylistycznie i ogólnie) - moze być... 7/10 (wyrąbiste solo, najlepsze na płycie)
The Day You Built The Wall - ten wałek rozwalił mnie na samym początku... tym, ze nie wiedziałem gdzie go przyczepić... A CO TO??? - brzmiało moje pytanie... choć całkiem niezłe to cuś, frapujące, ale... nienevermorowe... no, ale przetrawiłem, klimat i fajne wokale! - 8/10
She Comes In Colors - klasyk, balladowo się zaczyna, ale potem jest sporo dobrego - mocnego grania, 8,5/10
The Obsidian Conspiracy - KILLLL, masakra chwilami... thrash, bardzo szybki numer, nawet bardziej melodyjne refreny są szybkie, parę świetnych riffów i przejśc... gdyby cały taki był album... 10/10
Gdyby kazano mi w jednym zdaniu opisać zawartość „The Obsidan Conspiracy” to określiłbym ją następująco: jest to mieszanka dźwięków zbliżonych do tych, jakie wypełniały „Zero Order Phase”, „Praises to the War Machine”, „This Godless Endeavor” plus śladowe elementy charakterystyczne dla „Enemies of Reality” i wyraźne nawiązania (w dwóch – trzech kompozycjach) do „Dead Heart in a Dead World” (niżej strojone gitary, wokale).
W efekcie uzyskano muzykę bardziej otwartą, ukierunkowaną na szersze grono odbiorców, ale na tyle wciąż frapująca i ambitną, że raczej nie zniechęci ona najgorliwszych wielbicieli formacji (tych wybrańców/koneserów), którzy co najwyżej będą kręcić nosem przy dwóch, trzech kawałkach.
Widać wyraźnie rękę Wichersa i jego pracę nad aranżacjami. Niby wciąż grają ci sami ludzie, ale wszystko wydaje się być... inne. Perka Vana – dalej szalona, nadająca tempo, ale brzmi jakby była cofnięta, schowana, gitary – riffy jakby bardziej ułożone, choć nie mniej drapieżne niż dawniej, sola Jeffa wciąż najwyższych lotów i rozpoznawalne, jednak więcej w nich ciepła, w końcu śpiew – też po części odmieniony, choć nie jakiś nieznany. Prym zdecydowanie wiodą bardzo zróżnicowane wokale Dane’a, które częściowo przybrały nowego wymiaru, oblicza. Naprawdę wiele ich, ale takie były wstępne założenia. Sporo tu czystych partii, tak bliskich śpiewu Warrela z „Dead Heart in a Dead World”, sporo nakładek, nie brak też zadziornych wokali, którymi zaskoczył Dane na poprzedniej płycie Nevermore. Różnica jest taka, że tym razem to one są na pierwszym planie. A gitara Loomisa? Wciąż poraża, co więcej dodaje dodatkowego smaku poprzez ciekawe tła. Gdy idzie o stylistykę, nadal sporo thrashowania, dużo heavy, nie brak elementów progresywnych, czyli składowe wciąż te same, tyle że podane inaczej niż do tej pory. Podsumowując – mamy ogromne zaskoczenie, jeszcze większe niż towarzyszyło przy zgłębianiu tajników poprzedniej płyty zespołu, mamy zmienione, nowe oblicze Nevermore, wciąż intrygujące, wciąż wciągające, owszem bardziej melodyjne, ale nie pozbawione finezji i technicznych smaczków. Mamy nową jakość Nevermore, którą najprościej można określić tak: zespół uczynił pierwszy wyraźny krok w stronę odejścia od typowo nevermorowego stylu. Szok?! Na pewno wielu fanów mocno i długo wgryzać się będzie w ten krążek.
Kluczem do zrozumienia tego krażka jest UWAGA!!! solowy album Jeffa (Zero Order Phase), a w nieco mniejszym wymiarze solowa płyta Dane'a... na TOC wyraźnie widać wykorzystanie i rozwinięcie pomysłów z płyt liderów plus położenie sporego nacisku na... budowanie klimatu.
TOC nie jest jednak kopią żadnej płyty Nevermore, jak też nie jest żadną drugą częścią jednej z płyt solowych... czuć nowe, jest rozwój, choć kierunek jaki obrali panowie nie każdemu musi pasować... jest mrok/klimat... sporo melodii i smutku, mięcha też nie brakuje
więcej - będzie jak skończę pisać knigę
The Termination Proclamation - 7,5/10 (mocny kawałek, szybki z zaskakującym spowolnieniem, ogólnie fajnie)
Your Poison Throne - 8/10 (pierwsza niespodzianka, ale też na plus, sporo szybkiego grania)
Moonrise (Through Mirrors Of Death) - częściowy klon Narcosythesis z DHIADW, ale dodajmy więcej smaczków
))) i nowe tchnienie (czytaj - nowy styl Loomisa:)))) 8/10
And The Maiden Spoke - jak dla mnie bomba! KLIMAT plus mięcho... i fantastyczne wokale, 9/10
Emptiness Unobstructed - żwawy refren to... niemal DISCO:))) (dyskoteka:))) BRRR, zwrotki spokojniejsze, pierwszy odsłuch - niemal umarłem, ale potem jakoś poszło, miły - radiowy numer, hicior, który zluzuje na koncertach Heart Collector:)))) - no, ale ogólnie - za miło... 5/10
The Blue Marble And The New Soul - ballada, ale nietypowa jak dla Nevermore... smutny (i chyba bardzo osobisty numer), kłania się solowy Dane - 7/10
Without Morals - taki... niby mocny, ale trochę zamieszany (stylistycznie i ogólnie) - moze być... 7/10 (wyrąbiste solo, najlepsze na płycie)
The Day You Built The Wall - ten wałek rozwalił mnie na samym początku... tym, ze nie wiedziałem gdzie go przyczepić... A CO TO??? - brzmiało moje pytanie... choć całkiem niezłe to cuś, frapujące, ale... nienevermorowe... no, ale przetrawiłem, klimat i fajne wokale! - 8/10
She Comes In Colors - klasyk, balladowo się zaczyna, ale potem jest sporo dobrego - mocnego grania, 8,5/10
The Obsidian Conspiracy - KILLLL, masakra chwilami... thrash, bardzo szybki numer, nawet bardziej melodyjne refreny są szybkie, parę świetnych riffów i przejśc... gdyby cały taki był album... 10/10
Gdyby kazano mi w jednym zdaniu opisać zawartość „The Obsidan Conspiracy” to określiłbym ją następująco: jest to mieszanka dźwięków zbliżonych do tych, jakie wypełniały „Zero Order Phase”, „Praises to the War Machine”, „This Godless Endeavor” plus śladowe elementy charakterystyczne dla „Enemies of Reality” i wyraźne nawiązania (w dwóch – trzech kompozycjach) do „Dead Heart in a Dead World” (niżej strojone gitary, wokale).
W efekcie uzyskano muzykę bardziej otwartą, ukierunkowaną na szersze grono odbiorców, ale na tyle wciąż frapująca i ambitną, że raczej nie zniechęci ona najgorliwszych wielbicieli formacji (tych wybrańców/koneserów), którzy co najwyżej będą kręcić nosem przy dwóch, trzech kawałkach.
Widać wyraźnie rękę Wichersa i jego pracę nad aranżacjami. Niby wciąż grają ci sami ludzie, ale wszystko wydaje się być... inne. Perka Vana – dalej szalona, nadająca tempo, ale brzmi jakby była cofnięta, schowana, gitary – riffy jakby bardziej ułożone, choć nie mniej drapieżne niż dawniej, sola Jeffa wciąż najwyższych lotów i rozpoznawalne, jednak więcej w nich ciepła, w końcu śpiew – też po części odmieniony, choć nie jakiś nieznany. Prym zdecydowanie wiodą bardzo zróżnicowane wokale Dane’a, które częściowo przybrały nowego wymiaru, oblicza. Naprawdę wiele ich, ale takie były wstępne założenia. Sporo tu czystych partii, tak bliskich śpiewu Warrela z „Dead Heart in a Dead World”, sporo nakładek, nie brak też zadziornych wokali, którymi zaskoczył Dane na poprzedniej płycie Nevermore. Różnica jest taka, że tym razem to one są na pierwszym planie. A gitara Loomisa? Wciąż poraża, co więcej dodaje dodatkowego smaku poprzez ciekawe tła. Gdy idzie o stylistykę, nadal sporo thrashowania, dużo heavy, nie brak elementów progresywnych, czyli składowe wciąż te same, tyle że podane inaczej niż do tej pory. Podsumowując – mamy ogromne zaskoczenie, jeszcze większe niż towarzyszyło przy zgłębianiu tajników poprzedniej płyty zespołu, mamy zmienione, nowe oblicze Nevermore, wciąż intrygujące, wciąż wciągające, owszem bardziej melodyjne, ale nie pozbawione finezji i technicznych smaczków. Mamy nową jakość Nevermore, którą najprościej można określić tak: zespół uczynił pierwszy wyraźny krok w stronę odejścia od typowo nevermorowego stylu. Szok?! Na pewno wielu fanów mocno i długo wgryzać się będzie w ten krążek.
Kluczem do zrozumienia tego krażka jest UWAGA!!! solowy album Jeffa (Zero Order Phase), a w nieco mniejszym wymiarze solowa płyta Dane'a... na TOC wyraźnie widać wykorzystanie i rozwinięcie pomysłów z płyt liderów plus położenie sporego nacisku na... budowanie klimatu.
TOC nie jest jednak kopią żadnej płyty Nevermore, jak też nie jest żadną drugą częścią jednej z płyt solowych... czuć nowe, jest rozwój, choć kierunek jaki obrali panowie nie każdemu musi pasować... jest mrok/klimat... sporo melodii i smutku, mięcha też nie brakuje
więcej - będzie jak skończę pisać knigę
T/N pisze:The Day You Built The Wall - ten wałek rozwalił mnie na samym początku... tym, ze nie wiedziałem gdzie go przyczepić... A CO TO??? - brzmiało moje pytanie... choć całkiem niezłe to cuś, frapujące, ale... nienevermorowe... no, ale przetrawiłem, klimat i fajne wokale! - 8/10
She Comes In Colors - klasyk, balladowo się zaczyna, ale potem jest sporo dobrego - mocnego grania, 8,5/10
Czysty mord!The Obsidian Conspiracy - KILLLL, masakra chwilami... thrash, bardzo szybki numer, nawet bardziej melodyjne refreny są szybkie, parę świetnych riffów i przejśc... gdyby cały taki był album... 10/10
W stylu lubianego przeze mnie EOR. Zajebioza.
