Evergrey - The Storm Within
Moderatorzy: piciu6, Sanctified
- pan_Heathen
- Posty: 9156
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
- pan_Heathen
- Posty: 9156
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
- Sanctified
- Posty: 3530
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
A ja po dwóch podejściach doszedłem do smutnego wniosku, że obecny Evergrey, mimo niemal tego samego składu i pozornego podobieństwa, z zespołem, który nagrywał "The Inner Circle", ma już naprawdę niewiele wspólnego.
_________________
Live for today before it slips away
Your time is here and now, not in the afterlife
_________________
Live for today before it slips away
Your time is here and now, not in the afterlife
- progmetall
- Posty: 12291
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
- pan_Heathen
- Posty: 9156
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
- Sanctified
- Posty: 3530
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
No raczej nie. Tam nawet "Lost", mimo koszmarnego refrenu, miało jakąś dynamikę. A poza tym były takie ciosy jak "Obedience" czy "At Loss for Words".
Na "The Storm Within" metal słychać głównie w "My Allied Ocean". W pozostałych numerach, nawet jeśli trafi się jakieś gitarowe mięcho, po chwili wyłazi z niego kolejna smętna ballada lub pop vide "Passing Through".
_________________
Live for today before it slips away
Your time is here and now, not in the afterlife
Na "The Storm Within" metal słychać głównie w "My Allied Ocean". W pozostałych numerach, nawet jeśli trafi się jakieś gitarowe mięcho, po chwili wyłazi z niego kolejna smętna ballada lub pop vide "Passing Through".
_________________
Live for today before it slips away
Your time is here and now, not in the afterlife
- Last Axeman
- Posty: 13206
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
Lubię "Hymns", po dzisiejszym dwukrotnym odsłuchu "The Strom Within" mogę już chyba powiedzieć, że i z nówką będę się lubił. Częściowo podzielam jednak zdanie Sanctifieda. Muza Evergrey nadal jest charakterystyczna i łatwo rozpoznawalna, jak miało to miejsce na przywołanym "The Inner Circle" i wcześniejszych (czyli najlepszych), ale uległa zmianie głównie jeśli chodzi o rozłożenie proporcji. Teraz jest jeszcze bardziej refleksyjno-smutna i dramatyczna, co często przesłania czysto metalową materię. Nawet Englund, którego miałem za wokalnego miszcza, ponieważ w zajebisty sposób szafował emocjami, potrafiąc krzyknąć, zaśpiewać zadziornie i niemal prowokować do łez, zawsze wtedy kiedy było trzeba i w ilościach nieprzegiętych w żadną stronę, w ostatnich latach stał się aż przesadnie emocjonalny i dramatyczny (zaczęło się to już na "The Glorious Collision"). I niestety ten stan rzeczy nie do końca mi odpowiada. Efekt z tego taki, że "The Inner Circle" czy "Solitude Dominance Tragedy" mogę słuchać w zasadzie zawsze i wszędzie, bo są w sam raz dla mnie wyważone, podczas gdy ostatnich płyt tylko kiedy mam odpowiedni nastrój. A jeśli nie trafię w odpowiedni klimat to zaczyna irytować mnie to wokalno-instrumentalne smęcenie.
Podsumowując - nadal jest dobrze/bardzo dobrze, ale to już nie to samo.
Podsumowując - nadal jest dobrze/bardzo dobrze, ale to już nie to samo.
