Pink Floyd
Moderatorzy: piciu6, Sanctified
- Oenologist
- Posty: 5025
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
Dobrze Tymek napisał, od dłuższego czasu wolę już w sumie Floyd'ów z Barrettem. Trudno nie odnieść wrażenia, że po przyjściu Gilmoura i przejęciu starów dowodzenia przez Watersa faktycznie zespół stracił tę wolność, szaleństwo i nieprzewidywalność, którą gwarantowało posiadanie w zespole Syda. I o ile kocham oraz bardzo szanuję płyty do "Wish You Were Here" (włącznie, może nawet należałoby objąć "Animals"...), o tyle od "The Wall" nie kumam o co w tym zespole chodzi. Kiedyś bardzo się jarałem tą płytą, ale z wiekiem wypadła w ogóle z obiegu u mnie. Trudno pewnie dla wielu czytać o megalomanach kiedy pisze to Tymon (którego twórczość generalnie lubię), ale faktycznie chyba na "The Wall", a w trochę mniej słyszalnych ilościach na wcześniejszych albumach, przejawia się totalna apodyktyczność Watersa. Przecież to brzmi dokładnie tak samo jak jego albumy solowe, ten sam koncept, nudy nudy i nudy. Według mnie niewątpliwie dzieło, ale zupełnie wyprane z klimatu, który by mi odpowiadał. Dlatego wolę posłuchać Floyd'ów z Barrettem. Bo czy na nudnej jak flaki z olejem, progresywnej
"The Final Cut" znajdę utwór taki jak "Astronomy Domine", "Interstellar Overdrive" czy "Bike" np. Poza tym warto zwrócić uwagę na kompilację singli z wczesnego okresu czyli "Relics". "See Emily Play" to totalnie wykręcony, piękny, ale i zapomniany utwór:
posłuchaj
.
"The Final Cut" znajdę utwór taki jak "Astronomy Domine", "Interstellar Overdrive" czy "Bike" np. Poza tym warto zwrócić uwagę na kompilację singli z wczesnego okresu czyli "Relics". "See Emily Play" to totalnie wykręcony, piękny, ale i zapomniany utwór:
posłuchaj
.
Oenologist pisze:sarcofag napisał:Oenologist napisał:Paskudny, przegzaltowany zespółehehe nie mieli w sobie nawet 1/20 egzaltacji Yes, Genesis, ELP czy Deep Purple.Co do Genesis to nie wiem, bo leży u mnie ten zespół...Ale patrząc na Yes, ELP czy też bardziej podniosłe kawałki DP to ŻADEN z nich nie ma ułamka tego przegięcia, które Waters zaserwował na The Wall
sarcofag pisze:Oenologist napisał:Paskudny, przegzaltowany zespółehehe nie mieli w sobie nawet 1/20 egzaltacji Yes, Genesis, ELP czy Deep Purple.
w the wall nie ma żadnej egzaltacji...Oenologist pisze:Paskudny, przegzaltowany zespół
Floydami zainteresowałem się ostatnio i jeszcze nie znam wszystkich dokonań. Nie przesłuchiwałem jeszcze pierwszej płyty z Sydem, więc mogę tylko wypowiadać się o późniejszych dokonaniach. Apodyktyczność Watersa jest widoczna gdzieś tak od Animals do Final Cut (sugeruję się tym, że prawie wszystkie kawałki są podpisane Waters), ale jest to apodyktyczność dziwna, przejawiająca się głównie w pazerności na umieszczanie swojego nazwiska w creditsach. Bo przecież sam Waters by tak genialnych kawałków nie nagrał. Owszem teksty to jego zasługa, i nikt tego mu nie odbiera, ale cóżby on zrobił bez Gilmoura i Wrighta? Sam Gilmour ponoć stwierdził, że nie dało się słuchać szkieletów kompozycyjnych Watersa, i dopiero te kawałki nabierały smaku, gdy przearanżował je zespół. Z małego dochodzenia, które ostatnio sobie zrobiłem na angielskiej wikipedii wynika, że połowę partii gitary basowej na tych najbardziej watersowskich albumach nagrywał Gilmour. Kawałki z Animals błyszczą dzięki genialnym zagrywkom Wrighta i solówkom Gilmoura. Na najbardziej docenionej płycie Floydów - Dark Side Of The Moon Waters śpiewa tylko w dwóch ostatnich utworach, a jego wpływ na kompozycje, a w szczególności na aranżacje nie jest chyba przesadnie duży - wtedy muzycznie dowodził Gilmour, a tekstowo Roger. A co do płyty The Wall, to jest ona dziwna, a najlepiej wypadają utwory, do których muzykę napisał gitarzysta: Comfortably Numb czy Run Like Hell. No i w kolano Waters sobie strzelił tym, że odsunął na boczny tor klawiszowca, a potem wywalił go z zespołu. Nie wiem, jak ta machina funkcjonowała na The Final Cut, bo tej płyty też jeszcze nie słuchałem. Na Division Bell, bo Momentary Laps Of Reason nie słuchałem jeszcze, brakuje jedynie tekstowej specyfiki Rogera, ale muzycznie jest bardzo dobrze, szczególnie instrumentalny, magiczny Marooned czy owiany już wielką sławą High Hopes. Cieszy mnie bardzo udział Wrighta w powstawaniu kompozycji. Również bardzo mi się podoba solowy albm Gilmoura - On An Island - jest to album rozmarzony, oniryczny, bardzo refleksyjny. Bardzo pięknie wyraża to gitara. Teksty Gilmoura i jego żony (zresztą niebrzydkiej:)) również są pełne tego typu emocji, nie ma tam watersowskiego sarkastycznego zrzędzenia na świat, i dlatego co niektórzy mogą narzekać na ich płytkość. Solowych płyt Watersa i Wrighta jeszcze nie słuchałem, ale podobno Amused To Death Rogera i Broken China Richarda są godne polecenia?
_________________
Burn down the disco
Hang the blessed DJ
Because the music that they constantly play
IT SAYS NOTHING TO ME ABOUT MY LIFE
_________________
Burn down the disco
Hang the blessed DJ
Because the music that they constantly play
IT SAYS NOTHING TO ME ABOUT MY LIFE
The Final Cut to w gruncie rzeczy solowy projekt Watersa , marketingowo podpisany Floydami .Trauma po śmierci ojca itp., a zę właśnie wybuchła wojna o Falklandy to Roger uaktualkił projekt ,który właściwie miał przygotowany . W nagraniach towarzyszył mu na pewno Gilmour ,czego ten nie wspomina najlepiej , Mason z kolei ponoć bywał , ale nieobecny duchem , w zasadzie jako sesyjny muzyk . Ja mam sentyment do tego albumu ,ale to nie jest płyta do której się często wraca ,ciężkostrawna rzecz ,nie mająca nic wspólnego z wcześniejszą muzyką Floydów .
_________________
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
_________________
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
