Headbangers Open Air 2010
Moderatorzy: piciu6, Sanctified
- Weresso The Infallible
- Posty: 1137
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
Culprit i Solitude faktycznie miazga totalna. Virgin Steele faktycznie nie do końca to czego oczekiwałem, ale i tak zajebisty koncert przecież. Dorzucam świetne Stormwarrior i Grand Magus, z przyjemnością spędziłem również czas na Tygers of Pan Tang, Demon, Battleaxe i Anvil Chorus.Greebo pisze:Culprit i Solitude Aeturnus absolutnie zniszczyli a moi faworyci jednak trochę w tyle. Po Virgin Steele mam mieszane uczucia. Miało się uczucie jakiegoś nadludzkiego przeżycia ale czego innego się spodziewałem chyba...
_________________
And the words of the myth were thus:
In time before time, the great dragon ruled
When stars were not born
And this world had seen no dawn
When the power of Gods was still young
Napisałem moje skromne i chaotyczne refleksje, niech Weresso i Woody ze mną polemizują:
Chwartek
Steel Horse; Bardzo przeciętny start festiwalu, jedyne czym zaskoczyli to cover Phantom Of The Opera Ironów na koniec - byłem sceptyczny widząc jak zespół z jedną gitara chce odtworzyć ta partię solową ale wybrnęli z tego obronną ręką.
Grand Magus; Bardzo dobry koncert. JB to jeden z najjaśniejszych punktów wokalnych festiwalu - nie zapędzał sie często w wysokie rejestry bo na niskich zasuwa z taka gracją i smakiem, że zadowalał wszystkich. Sporo kawałków z Iron Will i ogólnie doskonała atmosfera - tylko dziwne, że tak wcześnie ich wstawili - zasługiwali aby grać po ciemku i to spokojnie!
Shock Paris; Nastawiałem się na nie wiadomo co, bo wszyscy naokoło byli podnieceni ale po dwóch kawałkach oddaliliśmy się na merchandise bo zaczęło wiać nudą. Z daleka brzmieli jakby lepiej więc tak też ich słuchaliśmy.
Destruction; Nie lubię takiego thrashu - mało nie usnąłem na stojąco. Pod koniec wyszliśmy i zasiedliśmy wśród kiełbasek gdzie faktycznie chyba trochę przysnąłem. Spałem już na Kreatorze, Destruction, teraz muszę zaliczyć Sodom!
PIątek:
Jameson Raid; Coś jak Shock Paris- z daleka brzmiało nieźle, przyszedłem zobaczyć jak brzmią z bliska i w efekcie wyszliśmy do sklepu...
Stormzone: No i ze sklepu wróciliśmy jak kończyli ci tutaj - i w sumie żałowałem, bo brzmieli jakoś o 10 klas wyżej od poprzedników.
Roxxcalibur; Dobre brzmienie, dobra forma. Dużo NWOBHMowych coverów - może nawet wszystkie, nie poznałem wszystkiego. Poprawne i zadowalające ale w sumie bez rewelacji.
Tygers of Pan Tang; Poniszczyli! A po pobieżnych odsłuchach nowego albumu postawiłem na nich kreskę. Grali materiał z całego przekroju swojej twórczości a we wszystkim brzmieli rewelacyjnie. Chciałbym powiedzieć, że tyle energii rzadko się widzi na scenie ale jeszcze tego dnia ktoś zostawił Tygersów daaaaleko w tyle.
Amulance; Power/thrash - dość typowy i bez obesrania. W sumie oglądaliśmy raczej z daleka i niespecjalnie wiele zapamiętałem.
Stormwarrior: A tutaj tak dość spontanicznie poszliśmy sobie pod samą scenę, bo wiedziałem, że muzycznego ograzmu słuchając w zadumie nie stracę przy tej kapeli ale za to moge się solidnie zmęczyć. W sumie zaskoczenie i pozytywne (rewelacyjnie zsynchronizowani gitarzyści, ogólny podjar na koncercie) jak i negatywne (brak coverów starego Helloween, nie wyjście na bis).
Mekong Delta: No tutaj to już w grę wchodziło stanie w zadumie - nawet noga nie szło potupać. W sumie spodziewałem się po nich więcej ale po prostu zagrali przyzwoicie i awangardowo. Niby wielka nazwa a pod scena jakby trochę spustoszało. Nie było do czego machać głową?
Angel Dust: No w mordę, nic ze starych speedowych albumów. Przeklawiszowanie i refreniki, nie zdzierżyłem.
Demon; Znowu bardzo dobry koncert kolejnej brytolskiej legendy. W sumie nie znałem większości numerów ale słuchało się ich bardzo fajnie. Przyszedł ogromny tłum ludzi i śpiewali wszystkie niemal refreny więc chyba nie tylko mi się podobało.
Culprit; A o tych to zupełnie nic nie wiedziałem, co to kto to i z czym to się je. Zostaliśmy z ciekawości dlaczego grają jako gwiazda i odpowiedź dostałem bardzo szybko - mimo jednego nieznanego prawie albumu jest to gwiazda formatu więcej niż światowego. Tak dzikiego i popieprzonego heavy metalu to ja jeszcze nie widziałem. Wyglądało to jak banda wirtuozów z daleko posuniętym ADHD. Wszystko tam było - solówki perkusji, basu, podpalenie i rozwalanie gitary, stage diving, cover Heaven And Hell w hołdzie DIO. Nie wiem co oni jeszcze więcej mogli zrobić na tej scenie. Myślałem, że to jacyś dość młodzi ludzie a to kapela która ten swój album nagrała w 1983 roku i od tamtej pory milczała. Zakupiłem go tam na miejscu od razu ale nie brzmi to nawet podobnie do tego co oni wyrabiali na żywo. Jeśli nagrają nowy album to będzie wielkie wydarzenie dla metalu:
Sobota:
Trench Hell: Powinni się nazywać Dręcz Hell. Ależ kaszana. Łuputupu łuputupu aaargh łuputupu.
Not Fragile; Nie wiedzieliśmy całości ale też taka troche pomyłka. Nic specjalnego i jeszcze jak dzieciaki ponoć zagrali mnóstwo ceverów....
Battleaxe; I tutaj prawdziwe koncerty się zaczęły. Trochę komicznie i kiczowato (Weresso mnie zabije) ale za to z wielką energią kolejny klasyk Nowej Fali o sobie przypomniał
Der Kaiser; I jak się wydawało, że Battleaxe odpalił dzień to ci znowu krwi napsuli. Nic tam się nie działo...
Blood Feast; Młodzi gniewni, ponaparzali, połupali i poszli.
Omen; Klasyk epickiego poweru nie zawiódł i dał bardzo porządny koncert choć wokalista trochę szwankował. W sumie niedawno ich widziałem i grali prawie dokładnie to samo
Anvil Chorus; Tutaj niemałe zaskoczenie, bo kapele znałem tylko z nazwy a tutaj okazało się, że grają bardzo ciekawy progmetal - progmetal taki rodem z lat 80tych - było słychać od cholery Rush w muzyce. Mieli pecha, bo grali w deszczu i sporo ludzi się rozeszło ale oni się tym nie przejęli i zagrali rewelacyjny i niebanalny koncert a kto siedział i suszył się w namiocie niech żałuje.
Raven; Nigdy tak do końca nie ogarniałem geniuszu tej kapeli i teraz mimo świetnego koncertu to się nie zmieniło. Energia była ale ten wokalista to brzmiał jakby z klatki uciekł :haha:
Solitude Aeturnus; Znałem ich tylko z drugiego albumu, który słuchałem dawno i nieprawda i niewiele z niego kojarzyłem poza tym, że trochę powolny ale może być. Po tym koncercie awansowali do grona moich ulubionych kapel. Nie wiem jak ja się uchowałem, że ich olewałem tyle lat ale posypuje głowę popiołem. Lowe w rewelacyjnej formie zarówno wokalnej jak i showmeńskiej (ruchy sceniczne powalające) - muzyka przepotężna. Dziwiłem się wcześniej skąd doomowy band na takim festiwalu ale jak zaczęli grać przestałem się dziwić. Koło Culprit zdecydowanie najlepszy koncert na HOA.
A i na koniec koncertu zagrali cover Manowar... no kuźwa, to było coś wyjątkowego.
Virgin Steele; Przyjechałem tam w 90% właśnie na nich. Odwołali mi jag Panzer, odwołali Wolf więc wobec tego koncertu miałem wymagania najwyższe. Otrzymałem coś dziwnego... DeFeis wyzbyty chrypki, śpiewający ekstremalnym falsetem te legendarne refreny do Noble Savage i We Rule The Night. Na scenie kipiał wręcz natchnionym entuzjazmem - aż robił piruety i inne baletowe figury.... Nagłośnienie całkiem z dupy - przez pierwszy kawałek w ogóle nie było wokalu a perkusja nie puszczona na przody. Techniczni wbiegający na scenę i zderzający się z gitarzystami. Bas lecący z laptopa radośnie ustawionego na wzmacniaczu.... czy to mógł być dobry koncert? No właśnie mimo tego... BYŁ! Była magia jakimś cudem, było słychać ogromny kunszt muzyków, na scenie robiło się epicko ale mimo wszystko ogromny zawód. Jestem rozdarty na pół co do tego występu...
Chwartek
Steel Horse; Bardzo przeciętny start festiwalu, jedyne czym zaskoczyli to cover Phantom Of The Opera Ironów na koniec - byłem sceptyczny widząc jak zespół z jedną gitara chce odtworzyć ta partię solową ale wybrnęli z tego obronną ręką.
Grand Magus; Bardzo dobry koncert. JB to jeden z najjaśniejszych punktów wokalnych festiwalu - nie zapędzał sie często w wysokie rejestry bo na niskich zasuwa z taka gracją i smakiem, że zadowalał wszystkich. Sporo kawałków z Iron Will i ogólnie doskonała atmosfera - tylko dziwne, że tak wcześnie ich wstawili - zasługiwali aby grać po ciemku i to spokojnie!
Shock Paris; Nastawiałem się na nie wiadomo co, bo wszyscy naokoło byli podnieceni ale po dwóch kawałkach oddaliliśmy się na merchandise bo zaczęło wiać nudą. Z daleka brzmieli jakby lepiej więc tak też ich słuchaliśmy.
Destruction; Nie lubię takiego thrashu - mało nie usnąłem na stojąco. Pod koniec wyszliśmy i zasiedliśmy wśród kiełbasek gdzie faktycznie chyba trochę przysnąłem. Spałem już na Kreatorze, Destruction, teraz muszę zaliczyć Sodom!
PIątek:
Jameson Raid; Coś jak Shock Paris- z daleka brzmiało nieźle, przyszedłem zobaczyć jak brzmią z bliska i w efekcie wyszliśmy do sklepu...
Stormzone: No i ze sklepu wróciliśmy jak kończyli ci tutaj - i w sumie żałowałem, bo brzmieli jakoś o 10 klas wyżej od poprzedników.
Roxxcalibur; Dobre brzmienie, dobra forma. Dużo NWOBHMowych coverów - może nawet wszystkie, nie poznałem wszystkiego. Poprawne i zadowalające ale w sumie bez rewelacji.
Tygers of Pan Tang; Poniszczyli! A po pobieżnych odsłuchach nowego albumu postawiłem na nich kreskę. Grali materiał z całego przekroju swojej twórczości a we wszystkim brzmieli rewelacyjnie. Chciałbym powiedzieć, że tyle energii rzadko się widzi na scenie ale jeszcze tego dnia ktoś zostawił Tygersów daaaaleko w tyle.
Amulance; Power/thrash - dość typowy i bez obesrania. W sumie oglądaliśmy raczej z daleka i niespecjalnie wiele zapamiętałem.
Stormwarrior: A tutaj tak dość spontanicznie poszliśmy sobie pod samą scenę, bo wiedziałem, że muzycznego ograzmu słuchając w zadumie nie stracę przy tej kapeli ale za to moge się solidnie zmęczyć. W sumie zaskoczenie i pozytywne (rewelacyjnie zsynchronizowani gitarzyści, ogólny podjar na koncercie) jak i negatywne (brak coverów starego Helloween, nie wyjście na bis).
Mekong Delta: No tutaj to już w grę wchodziło stanie w zadumie - nawet noga nie szło potupać. W sumie spodziewałem się po nich więcej ale po prostu zagrali przyzwoicie i awangardowo. Niby wielka nazwa a pod scena jakby trochę spustoszało. Nie było do czego machać głową?
Angel Dust: No w mordę, nic ze starych speedowych albumów. Przeklawiszowanie i refreniki, nie zdzierżyłem.
Demon; Znowu bardzo dobry koncert kolejnej brytolskiej legendy. W sumie nie znałem większości numerów ale słuchało się ich bardzo fajnie. Przyszedł ogromny tłum ludzi i śpiewali wszystkie niemal refreny więc chyba nie tylko mi się podobało.
Culprit; A o tych to zupełnie nic nie wiedziałem, co to kto to i z czym to się je. Zostaliśmy z ciekawości dlaczego grają jako gwiazda i odpowiedź dostałem bardzo szybko - mimo jednego nieznanego prawie albumu jest to gwiazda formatu więcej niż światowego. Tak dzikiego i popieprzonego heavy metalu to ja jeszcze nie widziałem. Wyglądało to jak banda wirtuozów z daleko posuniętym ADHD. Wszystko tam było - solówki perkusji, basu, podpalenie i rozwalanie gitary, stage diving, cover Heaven And Hell w hołdzie DIO. Nie wiem co oni jeszcze więcej mogli zrobić na tej scenie. Myślałem, że to jacyś dość młodzi ludzie a to kapela która ten swój album nagrała w 1983 roku i od tamtej pory milczała. Zakupiłem go tam na miejscu od razu ale nie brzmi to nawet podobnie do tego co oni wyrabiali na żywo. Jeśli nagrają nowy album to będzie wielkie wydarzenie dla metalu:
Sobota:
Trench Hell: Powinni się nazywać Dręcz Hell. Ależ kaszana. Łuputupu łuputupu aaargh łuputupu.
Not Fragile; Nie wiedzieliśmy całości ale też taka troche pomyłka. Nic specjalnego i jeszcze jak dzieciaki ponoć zagrali mnóstwo ceverów....
Battleaxe; I tutaj prawdziwe koncerty się zaczęły. Trochę komicznie i kiczowato (Weresso mnie zabije) ale za to z wielką energią kolejny klasyk Nowej Fali o sobie przypomniał
Der Kaiser; I jak się wydawało, że Battleaxe odpalił dzień to ci znowu krwi napsuli. Nic tam się nie działo...
Blood Feast; Młodzi gniewni, ponaparzali, połupali i poszli.
Omen; Klasyk epickiego poweru nie zawiódł i dał bardzo porządny koncert choć wokalista trochę szwankował. W sumie niedawno ich widziałem i grali prawie dokładnie to samo
Anvil Chorus; Tutaj niemałe zaskoczenie, bo kapele znałem tylko z nazwy a tutaj okazało się, że grają bardzo ciekawy progmetal - progmetal taki rodem z lat 80tych - było słychać od cholery Rush w muzyce. Mieli pecha, bo grali w deszczu i sporo ludzi się rozeszło ale oni się tym nie przejęli i zagrali rewelacyjny i niebanalny koncert a kto siedział i suszył się w namiocie niech żałuje.
Raven; Nigdy tak do końca nie ogarniałem geniuszu tej kapeli i teraz mimo świetnego koncertu to się nie zmieniło. Energia była ale ten wokalista to brzmiał jakby z klatki uciekł :haha:
Solitude Aeturnus; Znałem ich tylko z drugiego albumu, który słuchałem dawno i nieprawda i niewiele z niego kojarzyłem poza tym, że trochę powolny ale może być. Po tym koncercie awansowali do grona moich ulubionych kapel. Nie wiem jak ja się uchowałem, że ich olewałem tyle lat ale posypuje głowę popiołem. Lowe w rewelacyjnej formie zarówno wokalnej jak i showmeńskiej (ruchy sceniczne powalające) - muzyka przepotężna. Dziwiłem się wcześniej skąd doomowy band na takim festiwalu ale jak zaczęli grać przestałem się dziwić. Koło Culprit zdecydowanie najlepszy koncert na HOA.
A i na koniec koncertu zagrali cover Manowar... no kuźwa, to było coś wyjątkowego.
Virgin Steele; Przyjechałem tam w 90% właśnie na nich. Odwołali mi jag Panzer, odwołali Wolf więc wobec tego koncertu miałem wymagania najwyższe. Otrzymałem coś dziwnego... DeFeis wyzbyty chrypki, śpiewający ekstremalnym falsetem te legendarne refreny do Noble Savage i We Rule The Night. Na scenie kipiał wręcz natchnionym entuzjazmem - aż robił piruety i inne baletowe figury.... Nagłośnienie całkiem z dupy - przez pierwszy kawałek w ogóle nie było wokalu a perkusja nie puszczona na przody. Techniczni wbiegający na scenę i zderzający się z gitarzystami. Bas lecący z laptopa radośnie ustawionego na wzmacniaczu.... czy to mógł być dobry koncert? No właśnie mimo tego... BYŁ! Była magia jakimś cudem, było słychać ogromny kunszt muzyków, na scenie robiło się epicko ale mimo wszystko ogromny zawód. Jestem rozdarty na pół co do tego występu...
- Weresso The Infallible
- Posty: 1137
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
A tak poza tym nie mam za bardzo z czym polemizować, chociaż nie wiem, czemu Battleaxe nazywasz "komiczne"Greebo pisze:Spałem już na Kreatorze, Destruction, teraz muszę zaliczyć Sodom!
No i Virgin Steele to był DROBNY zawód, już Ci mówiłem, że przesadzasz
_________________
And the words of the myth were thus:
In time before time, the great dragon ruled
When stars were not born
And this world had seen no dawn
When the power of Gods was still young
