'Deep Purple In Rock' Vs 'Fireball' Vs 'Machine Head'
Moderatorzy: piciu6, Sanctified
'Deep Purple In Rock' Vs 'Fireball' Vs 'Machine Head'
Jak to tam u was jest? Pierwotny, nowatorski In Rock? Nieco eksperymentalny, najbardziej lubiany przez samych muzyków DP Fireball? Czy cholernie wpływowy Machine Head na którym znalazło się kilka najbardziej rozpoznawalnych numerów w historii ciężkiego grania?
A może jakaś inna płyta jest lepsza? (hahaha
)
Ostatnio mnie gryzie Fireball, który zawsze stał jakby w cieniu sąsiadów. Spektrum inspiracji znacznie szersze a płyta mimo to jakby bardziej spójna. Można zrozumieć dlaczego chłopaki najbardziej ją lubią.
A może jakaś inna płyta jest lepsza? (hahaha
)
Ostatnio mnie gryzie Fireball, który zawsze stał jakby w cieniu sąsiadów. Spektrum inspiracji znacznie szersze a płyta mimo to jakby bardziej spójna. Można zrozumieć dlaczego chłopaki najbardziej ją lubią.
- Last Axeman
- Posty: 13206
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
Zdecydowanie "In Rock"
Opakować to w bardziej dosadne brzmienie i dostalibyśmy prawie czysty heavy. Gillan wykonał kapitalną robotę, momentami bardzo mocno nadwyrężając swoje gardło. Miszczostwo.
"Machine Head" też zajebioza, ale już oczko niżej. Wokale Gillan'a tym razem bardziej stonowane. Instrumentalnie i kompozycyjnie nadal świetnie, ale brakuje mi właśnie większej dawki zadziora w głosie, obecnej na "In Rock". "Fireball" nie słuchałem kupę czasu...dla mnie po prostu bardzo dobra robota i tyle. Pamiętam, że w okresie swojej fascynacji purpurą (8/9 lat temu) rozwalał mnie "Burn" chociaż to nieco inne granie, z trochę przytępionymi pazurkami, porównując z wcześniejszymi krążkami. O moim uwielbieniu dla tej płyty zdecydował jednak magik Coverdale za sitkiem. Szkoda tylko, że czasem przeszkadza mu Hughes;). Na kolejnym albumie ku mojemu niezadowoleniu robi to jeszcze częściej. Gdyby nie ten pan to moja ocena "Stormbringer" byłaby podobna do "Burn". A tak jednak odstaje.
Opakować to w bardziej dosadne brzmienie i dostalibyśmy prawie czysty heavy. Gillan wykonał kapitalną robotę, momentami bardzo mocno nadwyrężając swoje gardło. Miszczostwo.
"Machine Head" też zajebioza, ale już oczko niżej. Wokale Gillan'a tym razem bardziej stonowane. Instrumentalnie i kompozycyjnie nadal świetnie, ale brakuje mi właśnie większej dawki zadziora w głosie, obecnej na "In Rock". "Fireball" nie słuchałem kupę czasu...dla mnie po prostu bardzo dobra robota i tyle. Pamiętam, że w okresie swojej fascynacji purpurą (8/9 lat temu) rozwalał mnie "Burn" chociaż to nieco inne granie, z trochę przytępionymi pazurkami, porównując z wcześniejszymi krążkami. O moim uwielbieniu dla tej płyty zdecydował jednak magik Coverdale za sitkiem. Szkoda tylko, że czasem przeszkadza mu Hughes;). Na kolejnym albumie ku mojemu niezadowoleniu robi to jeszcze częściej. Gdyby nie ten pan to moja ocena "Stormbringer" byłaby podobna do "Burn". A tak jednak odstaje.
To prawda. Ta dzikość w wokalu to jeden z największych atutów tego albumu a na późniejszych nie ma tego aż w takim stopniu. Highway Star może sobie być szybszy i cięższy od Speed King ale tak nieokrzesany nie będzie.Gillan wykonał kapitalną robotę, momentami bardzo mocno nadwyrężając swoje gardło. Miszczostwo.
- Last Axeman
- Posty: 13206
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
- progmetall
- Posty: 12291
- Rejestracja: czw sty 01, 1970 12:00 am
