Chyba z czwarty raz od wczoraj leci już u mnie "The Dreams You Dread". Nie jest to jakoś szczególnie wybitne osiągnięcie zarówno jeśli chodzi o dyskografię Benediction jak i death metal w ogóle. Mimo to zawiera wszystkie charakterystyczne cechy stylu Brytoli, podane na więcej niż przyzwoitym poziomie. W porównaniu z poprzednimi albumami ten jest wolniejszy i nieco mniej brutalny. Tym razem panowie postawili na masyw i jeszcze mocniej niż zwykle na budowanie siarkowej atmosfery, czemu wolniejsze tempa sprzyjają. Wprawdzie były one nieodłączną cechą muzyki Benediction w zasadzie od samego początku, ale tutaj jest ich jeszcze więcej niż drzewiej bywało. Za to gaz do dechy wciskany jest znacznie rzadziej. Wyżej cenię sobie wcześniejsze dwa, znakomite materiały, ale słuchając "The Dreams You Dread" nie czuję niedosytu. Świetnych riffów jest tu od groma, a Dave Ingram jak zwykle rozwala zajebistym, charakterystycznym growlem. Same kompozycje nie tak mistrzowskie, ale wciąż dające sporo radochy.
Wprawdzie debiut nie przetrwał moim zdaniem próby czasu (zresztą nigdy specjalnie za nim nie przepadałem)
qou
zdecydowanie najlepsza ich plyta - bez wątpienia
Po nadzwyczaj emocjonującym meczu Wisła-Ruch zapuściłem sobie "The Dreams You Dread". Nastrojowy początek "Down On Whores" znakomicie ukoił moje nadszarpnięte nerwy.
_________________
Kurde faja!
Nie jedyny na tym albumie
W ogóle "The Dreams You Dread" to jedyny album Benediction, który mnie przekonał w 100%. Gdy mnie złapie faza na ten materiał, to nie puszcza przez kilka dni. Spokojnie mogę go postawić obok niszczycieli autorstwa Bolt Thrower. Natomiast jego poprzedniki uważam za kawał wyłącznie rzetelnego deathu; spoko jest też "Grind Bastard" - takie "luźne" granie pod browara, ale bez większej podniety z mojej strony. Z ostatnich dwóch albumów znam tylko kilka kawałków i podejrzewam, że ten stan rzeczy prędko się nie zmieni.
_________________
Kurde faja!
O ile debiut nie do końca mnie przekonuje, tak dwa następne albumy to potęga i nie wyobrażam sobie, że można przejść obok nich obojętnie, tym bardziej jeśli lubi się czwórkę. "Grind Bastard" faktycznie jest spoko, nawet bardzo spoko, ale poziomu wcześniejszych jednak nie sięga.